Wspomnienia absolwentów naszej szkoły

 

 

Wspomnienia Pani Marii Bardyszewskiej

 

      Do szkoły podstawowej w Długosiodle uczęszczałam w latach 1953-1960. Szkołę skończyłam ponad pół wieku temu i już wszystkiego nie pamiętam, ale podzielę się okruchami wspomnień, żeby zatrzymać pamięć o szkole i ludziach.

            Kiedy chodziłam do szkoły, Długosiodło nie było jeszcze zelektryfikowane. Edukację rozpoczęłam więc przy lampie naftowej. Energię elektryczną podłączono dopiero w 1957r. Cóż to była za radość! Nauka w szkole podstawowej trwała wtedy 7 lat. Moją pierwszą wychowawczynią była pani Janina Szczęśniak. W piątej klasie zostaliśmy podzieleni na odziały A i B. Ja byłam w klasie B i moim wychowawcą został pan Władysław Szczęśniak, który uczył śpiewu i historii. Nasz nowy wychowawca był bardzo wesoły.

            Do szkoły chodziłam chętnie. Szczególnie lubiłam zajęcia pozalekcyjne: SKS, harcerstwo i koło biologiczne. Od wf czyli „gimnastyki” nikt się nie migał, dlatego na SKS chodziły całe klasy. A naprzeciwko obecnego przedszkola był ogródek szkolny. Tam z panią Julią Hołdakowską uprawialiśmy różne warzywa.

            Uczniowie byli różni: tacy, którzy chcieli się uczyć i garstka przychodzących do szkoły, aby porozrabiać. Ale nasz kierownik - pan Władysław Pajk umiał sobie z nimi poradzić. Nasi nauczyciele to była bardzo doświadczona kadra. Pamiętam przerwy: dyżurował jeden z panów, a wszyscy uczniowie chodzili w kółeczko jak w zegarku. Podczas pauz – szczególnie w karnawale – bawiliśmy się w kółeczko i były tańce. W klasach były piece kaflowe. Pani woźna przychodziła o 3. rano, żeby w nich napalić. Podczas pochmurnych dni, gdy na dworze było szaro, w klasach świeciły się lampy naftowe.

            Oceny z zachowania były następujące: bardzo dobra, dobra, dostateczna. Jeśli ktoś dostał ocenę dobrą, to musiał dobrze podpaść w szkole. Na ocenę dostateczną – tę najgorszą – trzeba było „zapracować” kradzieżą albo jeszcze czymś gorszym.

Za czasów mojej nauki w podstawówce w Długosiodle uczyli nas:

1. P. Władysław Pajk – kierownik szkoły, nauczyciel matematyki

2. P. Janina Szcześniak – uczyła klasy młodsze

3. P. Władysław Szcześniak – historia i śpiew

4. P. Stefan Kozek – język polski

5. P. Józef Olejarczyk – fizyka i gimnastyka

6. P. Zofia Mierzejewska – gimnastyka i roboty (dziś technika)

7. P. Jadwiga Sówka – język polski i klasy młodsze

8. P. Julia Hołdakowską – biologia i geografia.

Jako osoba dorosła wróciłam znów do szkoły podstawowej jako nauczycielka i przepracowałam tu wiele lat. Do dziś jestem z nią blisko związana.

Renata Bardyszewska

Siedzę w dolnym rzędzie – czwarta od lewej.

 


 

 

Swoje szkolne wspomnienia przedstawiają nam Państwo Magdalena i Jan Prusińscy. Niektóre fragmenty zostały zredagowane ze wspólnych wypowiedzi i oznaczone zostały jako M.J.P. Poczytajcie, jak to kiedyś było…

 

   M.J.P. Jesteśmy chyba jedynym małżeństwem z klasy, która rozpoczęła naukę w 1947 roku. Wychowawczynią naszej klasy była Janina Szcześniak. Wspominamy ją i całą szkołę z ogromnym sentymentem. Nasi nauczyciele to byli wspaniali ludzie, którzy do głów wkładali nam nie tylko wiedzę, uczyli nas także dobrych manier, zachowania przy stole. Wśród nich są oczywiście takie osobowości, które wspomina się częściej. Do nich należy pani Julia Hołdakowska, która uczyła biologii i geografii. Kiedy jakiś uczeń przeszkadzał na lekcji, zdejmowała but i straszyła ”laniem”. Nikt jednak się tego nie bał, bo w gruncie rzeczy była osobą bardzo łagodną i dobrą. Najgroźniejszy i najsurowszy w szkole był dyrektor pan Władysław Pajk. Kiedy wychodził na korytarz i się rozglądał, milkły rozmowy. Każdy kto mógł chował się ,aby nie podpaść.

   M.P. Wielu naszych nauczycieli było uzdolnionych artystycznie, dlatego w szkole prężnie działał chór i koło teatralne. Przygotowywaliśmy w szkole wiele przedstawień. Udział w nich był ogromnym wyróżnieniem. Pamiętam piękne stroje, które szyły nam mamy. Bardzo się starały, każda chciała, aby jej dziecko wyglądało najpiękniej..

   M.J.P. Jak dzisiaj tak i wtedy wszyscy lubiliśmy gimnastykę. Za naszych czasów wiosną, latem i jesienią w pogodne dni przed godzin ósmą wszyscy uczniowie wychodzili przed budynek szkolny i pod kierunkiem nauczyciela odbywała się 10-15 minutowa gimnastyka. Szkoła odnosiła też sukcesy sportowe. Kiedy byliśmy w 7. klasie drużyna dziewcząt zdobyła I miejsce w piłkę ręczną na zawodach Powiatowych w Małkini. Były bardzo dumne, bo pokonały zespoły z Ostrowi i z Broku. Były to miejscowości dużo większe od Długosiodła.

   M.P. Razem ze mną do klasy chodziła moja siostra Basia. Była bardzo dobrą uczennicą, ja słabszą. Często pozwalała odpisywać mi zadania domowe pod warunkiem, że to ja będę następnego dnia nosiła teczkę do szkoły (miałyśmy wspólne podręczniki i jedną teczkę - takie były czasy).Trochę się buntowałam i wiele razy w połowie drogi (miałyśmy do szkoły ok. 2 km) musiałyśmy wracać, bo teczka została w domu.

    J.P. W przeciwieństwie do mojej żony w szkole byłem bardzo nieśmiały. Zwracałem od pierwszej klasy uwagę na Matusikówny, bo były bardzo ładne. W Magdzie, mojej żonie, się już wtedy podkochiwałem, ale ona nie zwracała na mnie uwagi. Te dwie siostry imponowały mi przede wszystkim temperamentem, były aktywne, zawsze chętnie angażowały się w życie klasy i szkoły, zazdrościłem im tego. Sam byłem dobrym uczniem, w siódmej klasie zostałem wyróżniony i wspólnie z trzema kolegami podczas wycieczki do Warszawy mogłem zwiedzić najwspanialszą wtedy budowlę w stolicy - Pałac Kultury i Nauki. Pamiętam, że kontrast między odbudowującą się wtedy Warszawą, a przepychem tego budynku zrobił na mnie ogromne wrażenie. W Pałacu Kultury i Nauki byłem jeszcze raz również z trzema kolegami na choince noworocznej dla uczniów z całej Polski. Dostaliśmy wtedy wspaniałe paczki z prezentami i słodyczami, była orkiestra i wiele wspaniałych konkursów.

   M.J.P. Dawna szkoła wychowywała nas również przez pracę. Każdego roku wszystkie klasy chodziły na wykopki. Odbywała się wtedy rywalizacja, każda klasa chciał być najlepsza. Było to nie tylko pożyteczne, była to też fajna zabawa. Moglibyśmy jeszcze wiele tak wspominać, bo lata szkolne to piękny i bardzo pogodny rozdział naszego życia.

Magdalena i Jan Prusińscy

Stoję w środkowym rzędzie – pierwszy od prawej, w czapce (Jan Prusiński).

 

 


 

 

Wspomnienia Pani Ewy Karczewskiej

 

      Moje wspomnienia ze szkoły podstawowej są dość odległe w tej chwili, a jednocześnie tak bliskie. Pamiętam ten pierwszy dzień, wielkie oczekiwania na nowe wyzwania i duży stres. Był ciepły wrześniowy poranek. Dzieci wystrojone w białe i granatowe stroje, duży gwar i okrzyki radości tych, którzy spotykali się po wakacjach. Moją pierwszą wychowawczynią była Pani Julia Hołdakowska. „Nasza Pani”, tak o Niej mówiliśmy, była niezwykłą osobą. Życzliwa, serdeczna, a jednocześnie stanowcza. Przygarnęła  nas pod swoje skrzydła jak druga mama. Przekazała wiele wiedzy i ciepła. Jako osoba doświadczona nauczyła nas patrzeć na świat swoimi oczami. Potrafiła nie tylko przekazać wiedzę książkową, ale też jak odróżnić dobro od zła. Mieliśmy swoją klasę ze stojącym w rogu piecem kaflowym. Zimą często ogrzewaliśmy sobie ręce, dotykając jego ciepłych kafli.

   Po czterech latach naszą klasę podzielono na dwie i tak znalazłam się w klasie Vb. Moją nową wychowawczynią została Pani Zofia Mierzejewska. Dzięki jej wielkiemu entuzjazmowi i wielkiej pasji poznawania naszego kraju jako dzieci zwiedziliśmy najpiękniejsze i historycznie znane miejsca w Polsce. Ponadto nasza wychowawczyni często odwiedzała nas w domach i rozmawiała z rodzicami. Byli także inni przesympatyczni nauczyciele, niektórzy nie żyją już – niestety - od wielu lat.

   Byliśmy wesołą gromadką. Była nauka, ale także wielkie przyjaźnie i sympatie. Czytanie książek i pomoc w bibliotece. Szkolne zabawy i kolonie, apele i harcerstwo. Nie brakowało występów, recytacji i szkolnych konkursów, poznawania dzieci z innych szkół. Patrząc z perspektywy, był to czas beztroski.

   Kiedy nadszedł czas pożegnania szkoły podstawowej, łezka w oku się zakręciła. Żal było opuszczać znanych już nauczycieli, znany budynek i ukochane kąty. Wprawdzie czuło się już przedsionek dorosłości, ale jednocześnie kończył się pierwszy poważny rozdział w życiu. Myślę, że w porównaniu z obecnymi czasami, gdzie już na starcie klasyfikuje się szkoły według rankingu osiągnięć, nasze szkolne życie było prostsze, ale i weselsze. Niestety, można do niego wrócić tylko we wspomnieniach.

Ewa Karczewska

 Siedzę w dolnym rzędzie – druga od prawej, w przepasce.

 

 


 

 

Wspomnienia Pani Ewy Krysiak

 

  „Podstawówkę” ukończyliśmy w 1980 roku. Naszą wychowawczynią była Pani Cecylia Sępkowska. To dzięki niej klasa była ze sobą bardzo zżyta. Imprezy klasowe, które nam organizowała, zbliżyły nas do siebie i tworzyliśmy prawdziwą rodzinę. Andrzejki, mikołajki, choinka – czekaliśmy na te wydarzenia z zapartym tchem. Do dzisiaj jesień kojarzy mi się ze Świętem Pieczonego Ziemniaka. Po wykopkach rozpalaliśmy ognisko i piekliśmy ziemniaki, których smak pamiętam do dziś. Ja i moja koleżanka - Ania - grałyśmy na gitarze, a wszyscy śpiewaliśmy harcerskie piosenki.

  Byliśmy klasą do „zadań specjalnych” - bez naszego udziału nie było żadnej szkolnej akademii czy uroczystości. Występowaliśmy przy każdej okazji i nawet nie próbowaliśmy się z niczego wykręcić. Duża część uczniów należała do chóru, który działał pod kierunkiem Pani Elżbiety Podeszwy. Białe bluzeczki z granatowymi krawatkami w groszki i spódniczki w tzw. gumkę …. też w groszki. Wtedy nie znosiłam tego stroju, bo chłopcy się z nas naśmiewali, że niby w głowach też same groszki. Cóż , jednak nie było wyjścia, gdy trzeba było, zakładało się te sławetne groszki na wszystkie szkolne akademie.

  Osobny temat to mandoliny . To taki instrument, który mało kto zna, a już na pewno nie słyszał. Było wiele godzin ćwiczeń zanim trzydziestoosobowa grupa zagrała utwór równiutko. Piórkowanie i tremolando to terminy oznaczające wygrywanie rytmu na tym zapomnianym instrumencie. Już w drugiej klasie ćwiczyliśmy, czasem ze łzami w oczach. Nie było łatwo, więc kiedy inne dzieci spędzały czas na zabawie, my mieliśmy „na głowie” nuty, bemole, pauzy itd. Pani Ela przygotowywała zapis nutowy melodii i w domu uczyliśmy się grać zadany utwór.

  Było jeszcze harcerstwo i to przez duże H. Nie polegało tylko na tym, że podczas ważnych uroczystości występowaliśmy w mundurkach. Szare bluzy i spódnice, żółte chusty, lilijka i harcerska odznaka kojarzyły się nam ze zdobywaniem sprawności, cotygodniowymi „zbiórkami”, zlotami i biwakami. Drużynowa – Pani Cecylia Sępkowska (nasza wychowawczyni) - była bardzo oddana wszystkim zuchom i harcerzom. Przeżyliśmy wiele fantastycznych przygód i wielu nowych rzeczy się nauczyliśmy.

  Nasza klasa jako pierwsza w historii szkoły zorganizowała „studniówkę” – to taka zabawa sto dni przed maturą. My bawiliśmy się sto dni przed zakończeniem roku szkolnego. W przygotowaniach pomogli nam rodzice no i oczywiście NASZA PANI. Ostatnie sto dni minęło błyskawicznie i nastąpił koniec naszej nauki w szkole podstawowej. To był dopiero dzień! Pamiętam, że ułożyliśmy piosenkę o nas i o naszych nauczycielach. Po oficjalnej uroczystości była wspólna zabawa i wtedy właśnie mieliśmy ją zaśpiewać. Zaczęliśmy i ….polały się łzy. Nikt nie mógł wydusić z siebie ani jednego dźwięku, ani słowa. Najpierw rozpłakała się Jola, potem Anka, Justyna, Magda … i tak dalej, i tak dalej. To był deszcz łez. Myśl o rozstaniu była trudna. Przecież przez te osiem lat staliśmy się prawie rodziną. Tak właśnie sądzę. Minęło bowiem 31 lat, a my do dzisiaj spotykamy się co kilka lat, by powspominać dawne czasy i pobawić się razem tak jak kiedyś. Utrzymujemy ze sobą kontakt i nadal dobrze się ze sobą czujemy.

Ewa Krysiak

 Dyrektor Gminnego Centrum Informacji, Kultury, Sportu i Rekreacji w Długosiodle

Stoję w pierwszym rzędzie - druga od prawej, z białą apaszką i książką

 


 

 

Wspomnienia Pani Małgorzaty Otwinowskiej

  

          Do szkoły podstawowej w Długosiodle uczęszczałam w latach 1967-1975. Wówczas budynek szkoły zajmował tylko obecną starą część. Sala gimnastyczna mieściła się w obecnej sali nr 2 i w bibliotece. W klasach i na korytarzach były piece węglowe. Wewnątrz budynku nie było łazienek, a toaleta znajdowała się na dworze.

            Podczas przerw – nawet zimą – wychodziliśmy na boisko szkolne. Często tylko w samych sweterkach, bez kurtek. Dzięki temu byliśmy zahartowani i rzadko chorowaliśmy. Ci, którzy zostali w szkole podczas przerw, bawili się na korytarzach w różne zabawy ruchowe ze śpiewem np. Mało nas…, Stary niedźwiedź… lub spacerowali dookoła korytarza.

            Moją pierwsza wychowawczynią była pani Mirosława Grabowska. To Ona nauczyła mnie czytać i pisać. Pisaliśmy piórem napełnionym atramentem z kałamarza. Ubrani byliśmy w granatowe fartuszki z białymi kołnierzykami. W siódmej klasie zostaliśmy podzieleni na odziały A i B, bo nasza szkoła otrzymała miano Zbiorczej Szkoły Gminnej. Dowożono dzieci zakrytą przyczepą ciągnikową tzw. „budą” z dwóch byłych szkół: Pecyny i Starego Bosewa. Ja byłam w klasie B, a moim wychowawcą został pan Jan Nowacki – nauczyciel zajęć praktycznych (obecnie: technika). Kierownikiem szkoły był pan Władysław Pajk – nauczyciel matematyki bardzo wymagający i trzymający surową dyscyplinę na lekcji i w szkole. Gdy pojawiał się na korytarzu, natychmiast milkły rozmowy, panowały spokój i cisza. Nikt nie chciał podpaść. Ale jeśli już coś takiego się zdarzyło, to kara odbywała się w cztery oczy w kancelarii u kierownika szkoły.

            Moimi ulubionymi przedmiotami były: geografia, biologia, zajęcia praktyczne i oczywiście wf. Często brałam udział w zawodach sportowych na szczeblu szkolnym, międzyszkolnym, a nawet powiatowym. Zdobywałam dyplomy i wyróżnienia w biegach, w skoku w dal i wzwyż. Bardzo mile wspominam tez zajęcia pozalekcyjne: SKS, harcerstwo, chór szkolny. Śpiewu uczyła nas pani Elżbieta Podeszwa, nauczycielka wybitnie uzdolniona muzycznie. Pod jej kierunkiem chór był zawsze perfekcyjnie przygotowany i zdobywał nagrody i wyróżnienia w konkursach.

            Do szkoły uczęszczali różni uczniowie: tacy, którzy chcieli się uczyć i tacy, którzy przychodzili porozrabiać. Wymyślali różne psikusy i żarty. Nie były one jednak niebezpieczne i złośliwe, nie miały na celu dokuczenia komukolwiek. Uczniowie mieli odwagę przyznać się do swoich występków i okazać skruchę.

            Swoje młodzieńcze lata w szkole podstawowej wspominam z ogromnym sentymentem. Jestem wdzięczna nauczycielom, którzy dali mi dobre podstawy do dalszej edukacji. W 1981 r. już jako osoba dorosła i wykształcona wróciłam znów do szkoły podstawowej. Jako nauczycielka nauczania zintegrowanego pracuję tu już od 30 lat. Nie jestem jedyną osoba z mojej klasy, która wróciła do tej szkoły. Moja klasowa koleżanka – Ewa Łazicka (dziś: Zawadzka) również w charakterze nauczycielki przepracowała tu wiele lat, a teraz jest dyrektorem sąsiedniego gimnazjum. To świadczy o tym, że mieliśmy świetnych pedagogów, którzy zaszczepili w nas miłość do wiedzy, szacunek do niej i chęć przekazywania jej innym. To jest od wielu lat nasz zawód i powołanie.

Małgorzata Otwinowska

nauczycielka PSP im. Tadeusza Kościuszki w Długosiodle

Siedzę w pierwszym dolnym rzędzie, trzecia od lewej, w fartuszku z białym kołnierzykiem.

 


 

 

Wspomnienia Pana Jana Zygmunta Długołęckiego

Trochę wspomnień z mojej szkoły

 

            Każdy z nas pamięta pewne zdarzenia nawet z bardzo wczesnego dzieciństwa, zwłaszcza jeśli towarzyszyły im nasze emocjonalne przeżycia. Jednakowoż i te - po upływie kilkudziesięciu lat – są stopniowo wypierane z naszej pamięci. A jeśli nawet są pamiętane, to z czasem tracą barwę i obrazy z przeszłości, są przez nas widziane jak przez mgłę. Można też z perspektywy lat twierdzić, że z młodości lepiej i wyraziściej pamięta się szkołę średnią niż podstawową. Jest to naturalne, a o przyczynach tego można by napisać oddzielny esej.

            Kiedy głębiej wnikam w zakamarki mojej pamięci przechowujące obrazy z czasów szkolnych, to wydobywam z nich przeżycia i zdarzenia, imiona i nazwiska (prawie nie pamiętam przezwisk nauczycieli, koleżanek i kolegów).

            Urodziłem się prawie dwa lata przed wybuchem II wojny światowej. Mając niespełna siedem lat, brałem zapewne udział w rozpoczęciu nieco opóźnionego roku szkolnego w naszej szkole w Długosiodle w pierwszych dniach września 1944 roku (tuż po ustąpieniu z naszych terenów wojsk hitlerowskich Niemiec). Nie pamiętam jednak ani tej uroczystości, ani jak przeżywałem pierwsze dni w szkole. Jako że umiałem już nieźle czytać i pisać (ołówkiem), zostałem przyjęty do drugiej klasy. Koleżanek ani kolegów z tego pierwszego okresu nie pamiętam. Nie pamiętam też, jak liczna była klasa i który nauczyciel był moim pierwszym wychowawcą.

            Jeśli przyłożyć dzisiejsze szkolne luksusy do ówczesnej rzeczywistości, to moja pierwsza szkoła była niezwykle uboga i surowa, chociaż - po zbudowaniu jej pod koniec dwudziestolecia międzywojennego - stanowiła przedmiot dumy społeczności długosiedlskiej. Zapewniała relatywnie dobre warunki do nauki, klasy były jasne, korytarze przestronne. W zimie ogrzewana była piecami kaflowymi opalanymi węglem. O ciepło i o porządek w szkole – także na naturalnym boisku szkolnym – dbali państwo Chmielewscy, szkolni woźni mieszkający z dziećmi w małym drewnianym domku, który stał na terenie szkolnym pośród sosen, gdzieś w miejscu dzisiejszego wejścia do gimnazjum. Pamiętam jeszcze ich postacie, a nawet twarze. A z ich córką Krysią pobieraliśmy nauki w bliskich rocznikowo klasach od tych samych nauczycieli. Pamiętam też bardzo wyraziście kierownika szkoły – pana Władysława Pajka nauczającego matematyki – który miał wielki posłuch pośród dziatwy. Kiedy zjawiał się na korytarzu podczas przerwy, zapadała absolutna cisza. Pamiętam pierwsze nauczycielki: panią Duczyńską i panią Tetzlaffową (których imion nie pomnę), żonę kierownika – panią Janinę Pajkową, panią Julię Hołdakowską i Janinę Sówkę, wreszcie małżeństwo Janinę i Władysława Szcześniaków. Nieco później przybył do naszej szkoły żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie – pan Stefan Kozek.

            Z późniejszego okresu pamiętam sporo koleżanek i kolegów, młodszych i starszych ode mnie, chociaż rejestr ten nie jest za długi. Nie będę nawet próbował go wyczerpać, ale… Krysia Sówkówna (z którą, jako królewną, grałem w szkolnym przedstawieniu królewicza), Lilka Delugówna, Lila Pajkówna, Basia Kuleszówna, Edwina Zbrzeźna, Krzysiek Pajk, Janusz Hieronimek, Tadek Łazicki, Wiesiek Świerczyński, Marek Hołdakowski, Krzysiek Szcześniak, Leszek Kozek, Tadek Matusik, Kazik Pawłowski, Marian Groszyk, Roman Nożewski, Zygmunt Depta, Janek i Stasiek – bracia Kuleszowie, Sławek, Rysiek i Stasiek Długołęccy (nie bracia, a przynajmniej nie rodzeni), Edek Średziński. Z żalem odnotowuję, że wielu kolegów już nie żyje. Nie żyją już państwo Chmielewscy i wszyscy wymienieni przeze mnie wcześniej nauczyciele.

            Moja pamięć przechowała nieliczne szkolne wycieczki (nawet wizytę w Sejmie w czasie jego obrad), występy w szkolnym zespole estradowym. Około 1950r. państwo Mira i Tadeusz Sygietyńscy peregrynowali po Mazowszu, poszukując kandydatów do tworzonego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Tańczyłem przed nimi z naszym zespołem tanecznym – chyba krakowiaka – na prowizorycznej podłodze z desek ustawionej pod nieistniejącą już brzozą na ówczesnym placu targowym, gdzie dziś stoi bar „U Maliny”. Zapamiętałem ten występ szczególnie, bo mojej partnerce, Bożenie Trochimównie, rozerwały się podczas tańca korale i rozsypały po podłodze. Że to była prezentacja dla państwa Sygietyńskich, dowiedziałem się po latach. Oczywiście propozycji wystąpienia w „Mazowszu” żadne z nas nie dostało. Za to piękną kartę w tym zespole zapisali uczniowie z naszej szkoły: rodzeństwo Mierzejewscy (Jadwiga, Tadek, i Jurek) oraz Danka Skoczyńska.

            Nie byłem wyróżniającym się uczniem, początkowo miałem nawet kłopoty z pisaniem, moje zeszyty bywały poplamione atramentem. Wówczas pisało się atramentem za pomocą stalówki umocowanej w tzw. obsadce, a okrągły kałamarz z atramentem był wpuszczany w otwór pulpitu ławki ustawionego pod kątem, zespolonego na stałe z siedziskiem dla dwóch osób. Był to bardzo solidny mebel, chociaż niemocowany do podłogi. Może jeszcze gdzieś na strychu szkoły można taką ławkę zobaczyć?

            Z czasem radziłem sobie coraz lepiej, chociaż świadectwa promujące z klasy do klasy miałem umiarkowane. Zdradzałem zdolności do rysunku i do pisania wypracowań. Wyznam tu, chociaż to niepedagogiczne, że zdolności tych nie wykorzystałem. Szkołę i nauczycieli wspominam z sentymentem. Pani Pajkowa, gdy ją spotkałem podczas wakacji po zdaniu matury w wieku 17 lat, zwróciła się do mnie per pan i powiedziała, że do wszystkich swoich uczniów, którzy są po maturze, tak się zwraca. Dała mi takie podstawy języka rosyjskiego, że w liceum byłem czołowym uczniem z tego przedmiotu, a na studiach zaliczałem semestry na bardzo dobry u niezwykle wymagającej lektorki – Rosjanki – Iriny Parkoły.

            Kiedy przed uroczystością zakończenia roku szkolnego 1950/51 (dla mnie i mojej klasy było to też zakończenie nauki w szkole) pan Stefan Kozek, nasz wychowawca i nauczyciel języka polskiego, zadał do domu wypracowanie - przemówienie na pożegnanie szkoły w imieniu absolwentów – siódmoklasistów – moje zostało wybrane do wygłoszenia.

            Był pogodny dzień, uroczystość na boisku, trybuna umajona. Miałem wtedy mniejszą tremę w wystąpieniach publicznych (np. recytacja) niż dziś. Gdy skończyłem, to zauważyłem, że niektóre panie nauczycielki płakały.

Jan Zygmunt Długołęcki

autoportret autora ze zdjęcia w mundurku harcerskim 1953r.